Plebiscyt
NAJLEPSZE POLSKIE KOMEDIE. Wielki ranking czytelników
NAJLEPSZE POLSKIE KOMEDIE to niezwykły zbiór humoru, który rozbawia do łez, wciągając widzów w wir niezapomnianych cytatów i sytuacji.
Na polskim podwórku rozegrała się niejedna doborowa komedia. Czy to o gangsterskich porachunkach, ucieczkach przed milicją, nieznośnych sąsiadach czy słomianych misiach – każda potrafi szczerze rozbawić, a to dzięki temu, że my jak mało kto uwielbiamy śmiać się z samych siebie.
„Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały! Chłopa wam trzeba!”, „Tu nie jest salon damsko-męski! Tu jest kiosk RUCH-u! Ja tu mięso mam!”, „Ileż to razy w myślach osiągałem wszystko. Udało mi się tylko nie być komunistą”. Każdy z tych cytatów jest, jeśli nie doskonale znany, to przynajmniej dobrze kojarzony, gdyż polskie komedie nie znikają z języka używanego przez Polaków na co dzień. I choć trudno wybrać najlepszy cytat z ulubionego filmu, zadanie to nie jest niemożliwe. Przynajmniej trochę je ułatwiliśmy.
Poniżej znajduje się lista dwudziestu tytułów z najwyższą uzyskaną liczbą głosów, uporządkowanych rosnąco. Przekonajcie się sami, czy wyniki Was zaskoczą.
20. Kingsajz
1987, reż. Juliusz Machulski
Juliusz Machulski nigdy nie stronił w swych filmach od nawiązań do totalitarnego ustroju, który panował w Polsce w pierwszej dekadzie jego kariery reżyserskiej. O ile w debiutanckim Vabank nie było to jeszcze tak widoczne, o tyle już Seksmisja nawiązywała do rządów reżimu, zaś Kingsajz był bodaj najbardziej zaawansowaną – a przy tym stworzoną z największą wyobraźnią – jego alegorią. I to właśnie niezwykłe umiejętności kreacyjne Machulskiego sprawiły, że Kingsajz, wraz jego Szuflandią, nadszyszkownikami i krasnalami, ogląda się tak wybornie.
Wzorowany na Podróżach Guliwera baśniowy scenariusz pozwolił na stworzenie bardzo dynamicznej, niemal przygodowej historii, której umowność jest tylko pozorna – szybko odnaleźć można nawiązania do peerelowskiej rzeczywistości, które najwyraźniej okazały się wystarczająco dobrze ukryte, by oszukać cenzurę. Tymczasem kingsajzowe powiedzonka takie, jak „hejkum kejkum” i „nie kop pana, bo się spocisz” błyskawicznie przeniknęły do ówczesnej polszczyzny, potwierdzając, że Machulski jak mało kto ma talent do przewidywania komediowych upodobań Polaków. [Dawid Myśliwiec, fragment zestawienia]
19. Hydrozagadka
1970, reż. Andrzej Kondratiuk
Reżyser Andrzej Kondratiuk, po udanych debiutach fabularnych i telewizyjnych, w 1970 roku nakręcił może jeden z najgłupszych i jednocześnie najśmieszniejszych, najbardziej kultowych filmów w polskim kinie – Hydrozagadkę. Głównym bohaterem (dosłownie) jest detektyw Jan Walczak (Józef Nowak), w rzeczywistości superbohater As o nie tak bardzo nadprzyrodzonych mocach, który postanawia rozwikłać zagadkę zniknięcia wody w Warszawie podczas największych upałów. […] Cały film jest utrzymany w konwencji groteski, co widać już od samej czołówki, która nie przypomina żadnej innej – zamiast typowych napisów i przewodniej muzyki, pojawia się twarz młodej Igi Cembrzyńskiej, która z wdziękiem i dowcipem, przez prawie cztery minuty, odczytuje nazwiska twórców, podrygując i terkocząc przy tym wydumaną melodię.
Na przykład na początku, gdy Jan Walczak zgadza się rozwiązać Hydrozagadkę i, kryjąc się za przeciwsłonecznymi okularami, prosi o dyskrecję, a zaraz potem widzimy go przylatującego w ciemnym, obcisłym stroju z peleryną, z kompletnie odsłoniętą twarzą i identyczną jasną grzywką. […] Z takich właśnie absurdów i suchych żartów składa się duża część tego filmu. [Brunon Hawryluk, fragment artykułu]
18. Brunet wieczorową porą
1976, reż. Stanisław Bareja
Stanisław Bareja w początkowej fazie twórczości zrealizował dwie produkcje kryminalne: film Dotknięcie nocy (1961) i serial Kapitan Sowa na tropie (1965). Potem filmem Brunet wieczorową porą przypomniał o sobie jako o miłośniku zagadek kryminalnych. Intrygę z morderstwem wzbogacił jednak sporą dawką humoru i czegoś, co określa się mianem bareizmów, czyli specyficznego absurdu i kiczu. Krzysztof Kowalewski, typowy polski everyman, został postawiony w sytuacji dziwnej, w której zwykła polska codzienność nagle zostaje wywrócona do góry nogami.
Doskonale, lepiej niż w innych filmach tego twórcy, wybrzmiewa satyra na PRL-owską rzeczywistość. Pijaństwo, cwaniactwo, arogancja otaczają ten świat i atakują na każdym kroku próbujących żyć uczciwie zjadaczy chleba. Przy tworzeniu komicznych sytuacji i dialogów brał udział Stanisław Tym, który nie był zadowolony z efektu końcowego, dlatego podpisał się pseudonimem. Z filmem kojarzona jest również piękna piosenka Cygańska jesień w wykonaniu Anny Jantar. Brunet wieczorową porą to w pełni udane i wbrew pozorom inteligentne kino rozrywkowe, a dla osoby piszącej te słowa – ulubiony film Barei. [Mariusz Czernic]
17. Kogel-mogel
1988, reż. Roman Załuski
Kogel-mogel to jedna z lepiej zagranych polskich komedii. To nie tylko przekonujące role, ale też znakomity timing, wspomagany przez naprawdę inteligentny montaż. W tej produkcji udało się coś, z czym wielu polskich filmowców ma problem do dzisiaj. Losy ambitnej Kasi, która nie może odnaleźć się w wielkim PRL-owskim mieście, trafia nie tylko do tych, którzy dobrze pamiętają, jak to wtedy było. To w gruncie rzeczy dość uniwersalna historia o dziewczynie, która nie godziła się na panujące reguły. Zamiast wyjść szybko za mąż, niańczyć dzieci, gotować i sprzątać, chciała się rozwijać, uczyć, podróżować po świecie.
Choć Kogel-mogel to komedia, wielu widzów słusznie wskazuje, że wymowa filmu jest tak naprawdę smutna. Mimo pójścia pod prąd i wzięcia się z życiem za bary Kasia i tak kończy jako młoda żona i matka, gotująca, sprzątająca, siedząca na wsi – i panujący tam „jakby luksus” niewiele zmienia. [Karol Barzowski, fragment recenzji]
16. Kiler-ów 2-óch
1999, reż. Juliusz Machulski
Jak nietrudno zauważyć, oś fabuły stanowi nieco zmodyfikowaną wersję Vabank II. W obu filmach wsadzony za kratki w pierwszym filmie bandzior, w sequelu dzięki pewnym machinacjom wychodzi na wolność, zresztą po to tylko, by zemścić się na głównym bohaterze. Lecz o ile Vabank II był poprowadzony serio, to Kiler-ów 2-óch jest komediową jazdą w stylu wariackim. Grepsiarstwo, wielkie jak wół aluzje, puszczanie oka do widza oraz ostentacyjny brak powagi i poszanowania dla realizmu i logiki, wypełniają drugą część Kilera bez reszty. […] Amerykańskie sequele zdążyły już przyzwyczaić nas do tego, że w większości są prostymi kalkami pierwowzorów.
Juliusz Machulski na szczęście nie przyswoił sobie tej lekcji z almanachu robienia filmów po amerykańsku, dzięki czemu Kiler-ów 2-óch (nawiasem mówiąc, charakterystyczna tytułologia reżysera osiągnęła tu zenit) jest filmem świeżym, zaskakującym i czerpiącym z oryginału w bardzo przyzwoitym zakresie. [Adrian Szczypiński, fragment recenzji]
15. Wesele
2004, reż. Wojciech Smarzowski
Pierwsza produkcja kinowa Wojciecha Smarzowskiego, który dzisiaj – chyba jednogłośnie – uznawany jest za najwybitniejszego współczesnego reżysera w naszym kraju. Ja osobiście najbardziej lubię jego filmy zahaczające o niedawną polską historię (Róża, Wołyń), ale już w tym debiutanckim obrazie wychodzą na jaw atuty, dzięki którym zyskał obecną pozycję – nieprzeciętny zmysł obserwacji i bezkompromisowość w obnażaniu ludzkich słabości. W strumieniach alkoholu, w rytm melodyjnych piosenek o miłości osoby, które teoretycznie powinny być najważniejsze podczas wesela – czyli młoda, zakochana para – schodzą na dalszy plan.
Z eleganckich, ubranych w garnitury Polaków wychodzi wiocha. Do głosu dochodzą: chamstwo, obłuda, egoizm, pazerność. Choć uważam, że to naprawdę świetne kino, to nie zaliczyłbym go do najlepszych komedii. Oglądając film, nie należy oczekiwać, że dostarczy przyjemnej rozrywki. Parę razy można się zaśmiać, ale to bardzo gorzki śmiech, dający do myślenia… Z czego właściwie się śmiejemy? [Mariusz Czernic]
14. Poranek kojota
2001, reż. Olaf Lubaszenko
Poranek kojota nie prezentuje już tak wysokiego poziomu jak rok starszy Chłopaki nie płaczą, ale nie znaczy to, że Olaf Lubaszenko zaliczył wpadkę. Przeciwnie, jego kolejna gangsterska komedia to wciąż kawał solidnego kina rozrywkowego z ciekawymi, wyrazistymi bohaterami i wieloma świetnie wyreżyserowanymi scenami. Tym razem jednak reżyser postawił bardziej na fabułę niż zestaw śmiesznych gagów i komicznych sytuacji, bo i dialogi nie są już tak nastawione na komizm. Niemniej Poranek… nadal ma w sobie mnóstwo przezabawnych momentów i niezapomnianych one-linerów, a łącząc to z bardziej osobistą opowieścią o młodocianej miłości z gangsterami w tle, Lubaszenko i Korzyński stworzyli fabułę trochę bardziej spójną od Chłopaki nie płaczą, mocniej osadzoną w rzeczywistości, lecz wciąż odznaczającą się swojską lekkością, dowcipem, a nawet nutką groteski. [Dawid Konieczka]
13. Nic śmiesznego
1995, reż. Marek Koterski
Zachowując tropy nieszczęśliwych miłości, niespełnionego życia i konfliktu ze światem, Koterski sięgnął po świeże, ciekawe pomysły. Film rozpoczyna się w kostnicy: obserwujemy głównego bohatera po śmierci, w scenie, która paradoksalnie ma w sobie więcej goryczy niż smutku. Reinterpretacja zjawiska śmierci nadaje filmowi ponuro komediowy nastrój. Bohater opowiada o tym, że przez całe życie był drugi, a po śmierci najwyraźniej nic się nie zmienia. Widz poznaje jego historię, od narodzin do ostatnich sekund życia. Ten Adaś jest reżyserem. Znaczy, przed śmiercią chciał nim zostać, ale kolejne porażki stawały mu na drodze do sukcesu.
Utknął przez to w Łodzi, kolebce polskiego filmu, na 20 lat swojego życia. Jest też romantykiem – codziennie wychodzi z domu, żeby spotkać swoją Małgorzatę. Daje się uwikłać w plątaninę relacji damsko-męskich, licząc na to, że w końcu dla którejś z kobiet będzie Mistrzem. Wielu zarzuca temu filmowi, że poprzez dobór aktorski (Cezary Pazura gra tu Adasia Miauczyńskiego) i czasami brutalnie prymitywne żarty zatraca klimat dzieł Koterskiego. Nic bardziej mylnego. Ośmieszając patos przeżyć głównego bohatera i tworząc z niego swojską postać, reżyser skutecznie i na dobre osadził go w kontekście kulturowym naszego everymana. [Aleksander Gałąska, fragment zestawienia]
12. C.K. Dezerterzy
1985, reż. Janusz Majewski
Pewnie mało kto wie, że scena z Jak rozpętałem drugą wojnę światową, w której Franek Dolas przedstawia się jako Grzegorz Brzęczyszczykiewicz została zaczerpnięta z C.K. Dezerterów (1937) Kazimierza Sejdy, w której frajter Stefan Kania przedstawił się jako Szczepan Brzęczyszczewski. Ekranizując tę powieść, Janusz Majewski zrezygnował więc z tej sceny, ale i bez niej opowieść naładowana jest masą humoru. Film zrealizowany w koprodukcji z Węgrami opowiada o żołnierzach armii cesarsko-królewskiej (austro-węgierskiej) w jej schyłkowym okresie (1918 r.
). Scenariusz jest naszpikowany kapitalnymi dialogami, a wiele scen zyskuje dzięki doskonałej interpretacji aktorskiej. Marek Kondrat w roli zaradnego szeregowca czy Wojciech Pokora jako bezwzględny służbista tworzą niezapomniane kreacje, ale postacie epizodyczne również zapadają w pamięć, chociażby Mariusz Dmochowski w roli generała. Film pozostający chyba nieco w cieniu kultowych obrazów Juliusza Machulskiego z lat osiemdziesiątych, ale zasługuje na uwagę wcale nie mniejszą. To jeden z tych filmów, które – nawet jeśli są znane na pamięć – ogląda się świetnie przy każdej powtórce w telewizji. [Mariusz Czernic]
11. Nie lubię poniedziałku
1971, reż. Tadeusz Chmielewski
Na czym polega więc fenomen Nie lubię poniedziałku i co sprawia, że do dziś wielu odbiorców ma do filmu ogromny sentyment? Wydaje się, że chodzi o całościowy nastrój dzieła. Chmielewski co prawda zaznacza pewne przywary polskiego społeczeństwa i działania państwa, ale robi to subtelnie, bez zbędnej nachalności. Współcześnie, w dobie kolejnych filmów społecznych, z których wręcz emanuje czarny naturalizm, epatowanie narodowymi wadami ocierające się o przesadę i szeroko pojęty pesymizm, komediowy klasyk z początku lat siedemdziesiątych tylko zyskuje. Także na tle współczesnych polskich komedii Nie lubię poniedziałku wybija się ponad przeciętność.
Dzięki wprowadzanym z finezją gagom i sympatycznym postaciom znajdującym się w pozornie codziennych, acz niezwykłych sytuacjach, prosty (a nie prostacki), uniwersalny humor zupełnie się nie starzeje i trafia do bardzo szerokiej grupy widzów. Można być pewnym, że kolejne pokolenia kinomanów będą oglądać dzieło Tadeusza Chmielewskiego z uśmiechem na twarzach. [Dawid Konieczka, fragment recenzji]
10. Rejs
1970, reż. Marek Piwowski
Trudno opisać ten film w taki sposób, by zachęcić do oglądania. Bo każdy opis fabuły czy konkretnej sceny z filmu brzmiałby bez sensu. Ale w dzisiejszej polskiej rzeczywistości niewiele jest osób, które nie słyszałyby o tym filmie. Stał się on właściwie legendą, dziełem kultowym, z którego teksty są często cytowane, być może nawet przez osoby, które filmu nie widziały. Trudno uwierzyć, że był tu jakiś scenariusz i jakiś reżyser, bo całość wygląda jak zbiór losowo zmontowanych scen ukazujących nijakich, bezbarwnych obywateli gadających bez sensu (chciałoby się dodać „nuda – jak w polskim filmie”).
Ta zwyczajność wybrzmiewa w dużym stopniu dzięki zatrudnieniu wielu naturszczyków. Ale pod tym całym improwizowanym, satyrycznym spektaklem misternie ukryta jest krytyka totalitaryzmu i wszelkiego zniewolenia. Wszechobecny absurd i głupota wynikają z nieudolnego zarządzania. W tym chaosie jest metoda – reżyser Marek Piwowski i scenarzysta Janusz Głowacki mają konkretny cel i realizują go w formie eksperymentalnej. Upływ czasu pokazał, że to był udany eksperyment – historia polskiego kina byłaby uboższa bez tego tytułu. [Mariusz Czernic]
9. Vabank
1981, reż. Juliusz Machulski
Vabank był rozrywką na poziomie, który polskie kino osiągało rzadko, a w na przełomie lat 70. i 80. sięgało jeszcze rzadziej. Rodzimi filmowcy – nie bez słuszności zresztą – w większości poświęcali się misji kontestowania totalitarnego systemu poprzez kino moralnego niepokoju, z rzadka oddając się mniej autorskim projektom. Machulski junior na swój debiut wybrał historię czysto gatunkową, którą napisał jeszcze na studiach reżyserskich w łódzkiej Filmówce, i okazało się to strzałem w dziesiątkę. „Chciałem udowodnić, że w Polsce można zrobić dobry film kryminalny” – mówił wówczas debiutant, ale zamiast rozwiązywać na ekranie klasyczną zagadkę zbrodni, postawił na pastisz konwencji kina gangsterskiego.
[…] Akcja w debiucie Machulskiego zawiązuje się szybko i nie zwalnia ani na chwilę, co też stanie się później domeną „króla polskiej komedii”. [Dawid Myśliwiec, fragment zestawienia]
8. Poszukiwany, poszukiwana
1972, reż. Stanisław Bareja
Bohaterem filmu jest Stanisław Maria Rochowicz, pracownik muzealny, który pewnego dnia ma pecha być oskarżonym o kradzież obrazu. Płótno to, przedstawiające dłoń, pędzla wyszczekanego i upierdliwego artysty Bogdana Adamca, jest właściwie bezwartościowym knotem, lecz jako „dzieło sztuki” przedstawia sporą wartość finansową, a za jego brak w magazynie muzeum Bogu ducha winnemu Rochowiczowi grozi 5 lat więzienia. Nie mając innego wyjścia, przebiera się za kobietę i ucieka, by w spokoju namalować replikę obrazu i podrzucić do magazynu. Pomimo przypisywanych filmowi przedwojennych koneksji (w Czy Lucyna to dziewczyna (1934) również miały miejsce przebieranki i wynikająca z tego komedia pomyłek), Poszukiwany poszukiwana to dzieło świeże, na wskroś współczesne, z ostrzem satyry celnie wymierzonym w ówczesną peerelowską absurdalną rzeczywistość.
[…] Podczas kolaudacji zarzucano reżyserowi niespójność fabuły, rozbitej na szereg epizodów i konfrontacji Stanisława/Marysi z nieznośną rzeczywistością. Nie wiedzieli oni, że właśnie są świadkami narodzin – nie, nie nowej świeckiej tradycji – lecz specyficznego stylu reżysera, który, rozwinięty, doprowadzi Stanisława Bareję na szczyty popularności. [Adrian Szczypiński, fragment artykułu]
7. Jak rozpętałem drugą wojnę światową
1969, reż. Tadeusz Chmielewski
Mało który film w tak rozbrajający i żartobliwy sposób korzysta ze stereotypów dotyczących różnych narodów: Anglików, Włochów, Niemców, Jugosłowian, rzecz jasna Polaków także. Reżyser i scenarzysta Tadeusz Chmielewski był bez wątpienia mistrzem komedii, a ten film to jego szczytowe osiągnięcie. Dużym atutem jest dbałość o realizm językowy – można usłyszeć tu aż dziewięć języków, co jest ewenementem jeśli chodzi o polskie kino. Podstawą scenariusza była powieść Kazimierza Sławińskiego Przygody kanoniera Dolasa (1967), ale Chmielewski korzystał także z innych źródeł (np.
C.K. Dezerterzy Kazimierza Sejdy). Ostatecznie powstało dzieło z tak dużą ilością gagów, że można by nimi obdzielić wiele filmów. Historia została podzielona na trzy części (Ucieczka, Za bronią, Wśród swoich) i w dużej mierze jest to fabuła przygodowa z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji oraz galerią zróżnicowanych bohaterów. Trudno sobie wyobrazić w głównej roli kogoś innego niż Marian Kociniak – taka rola dla aktora może być darem i jednocześnie przekleństwem, bo trudno się potem od niej uwolnić. Zyskują na tym widzowie, a właściwie kolejne pokolenia widzów, bo film wciąż jest chętnie oglądany. [Mariusz Czernic]
6. Dzień świra
2002, reż. Marek Koterski
Film ten zakorzenił się w popkulturze do tego stopnia, że wręcz potykamy się o niego w życiu codziennym. Słysząc „Dżizas, kurwa, ja pierdolę!” czy prawdę objawioną o idiotyzmie decydowania o życiu za młodu, gdy jest się kretynem, obcujemy właśnie z Dniem świra. Film nie bez kozery zaskarbił sobie taką popularność. Koterski udowodnił w nim, że potrafi wyłuskać z ludzi ich najgorsze cechy. Jego żyłka dokumentalisty przejawia się w tym błyskotliwym portrecie współczesnych mu rodaków.
Nikt tak jak on nie wyczuł dotychczas nastrojów społecznych Polaków. Obserwując samego siebie przez pryzmat sfrustrowanego inteligentna załatwionego przez innych na dzień cały, widz musi ulec refleksjom. Polska przedstawiona w świecie Adasia Miauczyńskiego, polonisty z zawodu, poety z zamiłowania, nie jest miejscem do życia. Przerysowane wydarzenia i irytujące cechy ludzi, z którymi protagonista obcuje, budują rzeczywistość absurdalną. Adaś jest myślicielem, ale jego przemyślenia nigdy nie wykraczają poza sferę przykrego banału. [Aleksander Gałąska, fragment zestawienia]
5. Sami swoi
1967, reż. Sylwester Chęciński
Zmuszone do opuszczenia Kresów Wschodnich zwaśnione ze sobą rodziny Pawlaków i Kargulów osiedlają się w nowym miejscu. Ziemie Odzyskane stają się dla nich domem. To tutaj będą budować swoje szczęście i na powrót organizować sobie życie. Jak mają to zrobić, gdy za płotem zamiast sąsiada mają znienawidzonego od lat wroga? Zarządzał wtedy pośpieszne opuszczenie pociągu i osiedlenie się tuż za płotem rodziny Kargulów. Największych Pawlakowych nieprzyjaciół. To przez nich Jaśko Pawlak zmuszony został do ucieczki do Stanów Zjednoczonych (wszak pocięcie przez niego kosą Kargula to nie był żaden grzech, tylko sprawiedliwość!).
Od tej pory, już w nowym domu, rozpoczyna się kolejna wojna pomiędzy rodzinami. Pełna walk i okresów zawieszenia broni. […] Duet Kargul–Pawlak wspaniale się dopełnia i mnie samej trudno jest wybrać, który z nich budzi moją większą sympatię. Nie ma Pawlaka bez Kargula i na odwrót. Sądzę, że gdyby jeden z nich został zastąpiony innym aktorem, film nie byłby już taki sam. […] Do tego dialogi, które śmieszą nawet po półwieczu, wypowiedziane gwarą i z charakterystycznym zaśpiewem. A to wszystko osadzone w realiach dawnej wsi, z jej tradycjami, sposobem postrzegania świata i wyznaczania priorytetów. [Anna Niziurska, fragment artykułu]
4. Kiler
1997, reż. Juliusz Machulski
W towarzystwie tak znakomitych i cenionych przez Polaków dzieł Kiler wygląda jak ubogi kuzyn, ale przaśność i powierzchowność kolejnej przestępczej komedii Machulskiego okazuje się tylko pozorna. W istocie opowieść o Jurku Kilerze (będący wówczas na gigantycznej fali wznoszącej Cezary Pazura) była satyrą na mit „od pucybuta do milionera”, ale w wydaniu rodzimej gangsterki. W Kilerze aż roi się od oportunistów, mało kompetentnych policjantów, gapowatych przestępców i dziennikarskich hien, a wszystko to – choć przedstawione w mocno krzywym zwierciadle – wydaje się bardzo, ale to bardzo rzeczywiste.
Kiler to na poziomie językowym najbardziej wulgarny z przedstawionych tu tytułów, ale też taki, który wygenerował dla polskiej mowy potocznej dziesiątki przezabawnych fraz. Wiele z nich zawdzięczamy niezrównanemu Januszowi Rewińskiemu, który skradł serca widzom jako bezkompromisowy gangster Siara, ale przecież niezwykły talent komediowy potwierdził w Kilerze choćby Jan Englert, że o kolejnych rewelacyjnych rolach Jerzego Stuhra i Kasi Figury nie wspomnę. [Dawid Myśliwiec, fragment zestawienia]
3. Chłopaki nie płaczą
2000, reż. Olaf Lubaszenko
Ogromny sukces komedii Olafa Lubaszenki wynika przede wszystkim ze współpracy ze scenarzystą Mikołajem Korzyńskim. Twórcy oparli się na schematach kina gangsterskiego, zwłaszcza z lat 90., i wywrócili je do góry nogami, ale nie poprzestali na stworzeniu lekkiej opowieści o przestępcach. Fabuła Chłopaki nie płaczą, choć skonstruowana wokół intrygi kryminalnej, niesie bowiem ze sobą potężną dawkę humoru, przede wszystkim sytuacyjnego, opartego w dużej mierze na błyskotliwych, dowcipnych dialogach. Jednakże gagi i obśmiewanie absurdów gatunku nie sprawdziłyby się, gdyby nie galeria barwnych, przerysowanych postaci zagranych z wyjątkową lekkością właściwie przez całą, świetnie poprowadzoną obsadę.
Cezary Pazura, Mirosław Zbrojewicz, Maciej Stuhr, Michał Milowicz – roli żadnego z nich nie sposób zapomnieć, a i drugi plan czy nawet epizody spisują się znakomicie (jak choćby Leon Niemczyk jako „Król Sedesów” czy Tomasz Bajer jako „Laska”). Lubaszenko ma świadomość ogromnego potencjału humorystycznego swojego filmu, przez co zmierza w kierunku absurdalnej komedii pomyłek, ale zatrzymuje się w odpowiednim momencie, by nie przekroczyć granicy niedorzeczności i nie stracić z oczu wielowątkowej historii. Dzięki temu wszystkiemu płynnie przeplatające się losy pechowego everymana, dwóch gangsterów i nierozgarniętego syna bossa mafii, w połączeniu z nietuzinkowym humorem, czynią z Chłopaki nie płaczą jedną z najbardziej niezapomnianych polskich komedii. No i teraz bez wstydu można nosić różowy sweter z gruszką. [Dawid Konieczka]
2. Miś
1980, reż. Stanisław Bareja
Zawiłość intrygi w Misiu osiągnęła zenit. Inaczej niż w poprzednim filmie, luźne epizody komediowe są tym razem ściśle związane z główną osią fabuły. Scenariusz to mistrzowski przykład, ile przed głównym bohaterem można postawić przeszkód w dotarciu do celu. Ryszard Ochódzki, by osiągnąć przyziemny cel, jakim są dolary złożone w londyńskim banku, snuje misterną sieć intryg, kłamstw, donosów i przekrętactwa. Nad losami bohaterów unosi się ciężka, śmierdząca aura wszechobecnego kłamstwa. […] Nad tym całym panopticum unosi się wielki słomiany chochoł misia – symbol bezguścia, szmiry, przekrętów, niepotrzebnych inwestycji, pustych rytuałów, pola do popisu dla wszelkiej maści cwaniactwa i chorej, komunistycznej rzeczywistości, gdzie wszystko postawione jest na głowie.
Trudno wyobrazić sobie lepszą pożywkę dla scenarzystów, niż realia PRL-u za czasów upadającego Gierka. Podobnie jak drapieżny i demaskatorski Człowiek z marmuru Andrzeja Wajdy (1976), tak Miś już nie pieścił się z rzeczywistością, kontestując, obśmiewając i wyszydzając co tylko się dało. Bareja z Tymem osiągnęli zdumiewający swoją precyzją poziom połączenia w całość głównej intrygi, pobocznych gagów i przenikliwego komentowania rzeczywistości. [Adrian Szczypiński, fragment artykułu]
1. Seksmisja
1983, reż. Juliusz Machulski
Drugi pełnometrażowy film Juliusza Machulskiego jest absolutnym klasykiem polskiej komedii, a powodów dla tej sytuacji jest mnóstwo. Ważny jest tu nie tylko znakomity scenariusz (napisany przez samego reżysera), który pieczołowicie definiuje dystopijny świat przedstawiony, ale także doskonale przygotowane dialogi, które w wielkim stylu powołali do życia Jerzy Stuhr i Olgierd Łukaszewicz. Co więcej, Seksmisja robiła jeszcze większe wrażenie właśnie dlatego, że była drugim filmem młodego reżysera.
Niemający jeszcze 30 lat Machulski zadziwił świat kina dziełem, które w wielu aspektach było nawet lepsze od bardzo udanego debiutu. […] Machulskiemu udało się połączyć konwencję science fiction, satyrę na totalitaryzm i feminizm oraz rzadko spotykaną w polskim kinie komedię kumpelską, a wszystko to w niezwykle płynny sposób. I choć wielu z nas przy kolejnym napotkaniu Seksmisji podczas rytualnego skakania po telewizyjnych kanałach powie pewnie „Znowu to?!”, i tak obejrzy film Machulskiego od pierwszej do ostatniej minuty, śmiejąc się do rozpuku. Bo to po prostu świetna i ponadczasowa komedia. [Dawid Myśliwiec, fragment zestawienia]
